Przyłapałam się po prostu na tym, że chodząc ostatnie lata do zboru nie odkryłam dzięki temu, niczego nowego - zupełnie tak, jakby nauczyciele... takie wrażenie, że głoszą jedno i to samo w kółko, nie uważając za potrzebne wgłębiać się do Słowa Bożego w poszukiwaniu prawdy - bo i po co, gdyż wszystko co można było w Biblii odnaleźć, zostało już dawno odnalezione, tysięcy razy opisane przez poprzedników i zakute w dogmaty, odstąpienie od których równa się ... nie wiem czemu... samobójstwu dla niektórych niemalże, hmm...?
I tak depczemy się w miejscu, nawet nie próbując dociekać czegoś nowego - wręcz przeciwnie, na najmniejszą wzmiankę o "czymś nowym" u co zacniejszych (albo za takowych się uważających) zapala się czerwona lampka, nie pozwalająca im myśleć o niczym innym, jak tylko o zagrożeniu heretyzmem. Przykrę. A przecież Biblia zawiera wręcz tony ciekawych rzeczy, niezgłębiona, jest kopalnią informacji - wręcz życia nie starczy, żeby ją w pełni zrozumieć...
Spostrzegłam niedawno... nie wiem jak u was te sprawy się mają, ale zauważyłam takie jakieś dziwne, notorycznie powtarzające się... chlubienie się (czytaj "chełpienie się") tym, że są tacy nauczyciele, co to potrafią, na przykład, głosić kazanie przez ponad 8 godzin na temat urywka, który można przeczytać w 5 min. - co ciekawe, uwagi na treść tego 8-godzinnego wykładu - czy coś w ogóle był wart - jakoś już nie zwracano, jakby to był nieistotny szczegół - grunt, że tyle czasu potrafił.
Daleko nie pierwszy to już raz zauważam podobne, moim zdaniem, anomalie - bo jakoś nie rozumiem, kogo my - zbory, Kościół - hodujemy? specjalistów po zapchaniu czasu... czym, to już mniejsza o to?
Nie tak dawno słyszałam pewne kazanie jednego takiego "fachowca", co to dzień wcześniej wygłaszał coś przez wiele godzin na temat maluśkiego kawałeczka Biblijnego. Ja, dzięki Bogu, nie mogłam pójść, bo miałam inne pilne zajęcie, bo inaczej by też poszłam. Ale za to miałam okazje posłuchać kazanka następnego dnia - taaakie bzd... to znaczy, chciałam powiedzieć, że jakby tak nie wiadomo o czym... najbardziej co mi utkwiło w pamięci, to wzmianka o tym, iż ludzie niewierzące mają wielki problem z dniem niedzielnym, "gdyż mają za dużo wolnego czasu i go spędzają w supermarketach"... pomyślałam wtedy, że przynajmniej mają jakąś korzyść w różnicy od... słuchaczy
A jakie wy macie spostrzeżenia w tej sprawie? Czy macie może jakiś sposób na odkrycia? Chętnie bym poznała wasze doświadczenia i się nauczyła czemuś nowemu... albo też staremu, ale dobremu :)