Nie znalazłam innego miejsca na temat filmowy. Jeśli takie jest, proszę o przeniesienie. To będzie bardzo subiektywna pseudo-recenzja filmu, czyli raczej wylanie żalu, który we mnie po seansie kinowym wezbrał. Będą spoilery i ściana tekstu, PT Czytelników uprasza się o nieodkrywanie tej Ameryki w komentarzach.
Najpierw linia czasowa:
* XVI wiek (2 połowa) - misjonarstwo w Japonii (portugalscy jezuici, hiszpańscy dominikanie i franciszkanie), w 1609 roku jest na wyspach 150 kapłanów,
* od 1614 roku - szogunat zakazuje chrześcijaństwa, zaczyna wymuszać konwersję na buddyzm lub shinto, wydala część (szacunki mówią o połowie) księży, reszta nadal działa ale coraz bardziej w ukryciu, wspólnoty tracą ze sobą kontakt, nasilają się represje, urywa się kontakt z "centralą", kościół schodzi do podziemia, bez księży i z biblią/liturgią przekazywaną ustnie przez samych konwertytów zaczyna się ewolucja w Kakure-kirishitan, synkretyczną wiarę opierającą się na idolatrii względem artefaktów z epoki misjonarskiej i modlitwami po łacinie traktowanymi jak zaklęcia,
* 1638 rok - po upadku powstania na półwyspie Shimabara chrześcijaństwo z sekowanej i prześladowanej religii staje się wrogiem publicznym nr.1, a wcześniej stopniowane represje zamieniają się w fizyczną eliminację wszelkich przejawów z terrorem czy bestialstwem (w sensie XXI wieku) wobec wyznawców, na wyspę tajnie przybywa jezuita z pomocnikiem (to o tej misji jest film),
* 1966 rok - Shūsaku Endō pisze powieść "Milczenie", za którą zbiera ważną nagrodę i którą jego rodacy (może na wyrost) nazywają jedną z ważniejszych książek XX wieku. Autor jest Japończykiem, katolikiem, w którego twórczości jak refren przebija się temat konfliktu, nieprzystawalności tradycyjnej kultury Japonii (czy, szerzej, kultury buddyjskiej) do chrześcijaństwa. Autor z tym wewnętrznym, osobistym pęknięciem zmaga się od 1934 roku, gdy jako 11-latek został ochrzczony. W Japonii czuje się niezrozumiany i wręcz dyskryminowany z powodu wiary, na stypendium we Francji (1950-1953) po pierwszych zachwytach otaczającym go chrześcijaństwem boli go rasizm (doświadczany czy wyimaginowany, bez znaczenia). Powieść "Milczenie" rozpięta jest na historycznym szkielecie wspomnianej wyżej tajnej misji portugalskiego jezuity do Japonii, która autorowi służy za ramę do tkania pajęczyny przemyśleń o własnym bolesnym rozdarciu kulturowym (to w ogóle modus operandi jego pisarstwa),
* 1989 rok - Martin Scorsese czyta powieść "Milczenie" i (jak dzisiaj twierdzi w wywiadach) zaczyna mentalną pracę nad filmem,
* 2017 rok - film Scorsese trafia do kin, zaś niżej podpisana (po wstępnym researchu, ale nie tak szczegółowym jak pokazany wyżej) podejmuje decyzję o wydaniu ciężko zarobionych jenów na seans kinowy, bo reżysera szanuje, a temat wydaje się ciekawy, następnie owa nieszczęsna wychodzi po 160 minutach z kina w stuporze i poczuciu bycia oszukaną, czyta w internecie recenzje (od prawa do lewa, od źródeł liberalnych po konserwatywne), pogłębia wiedzę historyczną i o japońskiej książce będącej pierwowzorem scenariusza, ale nadal kawałki układanki nie pasują do obrazka, więc terapeutycznie wylewa swoje żale na forum biblijnym.
Co myślę ogólnie o tym filmie? Otóż myślę, że to jest gniot. Jeśli to ma być opus magnum Scorsese, film nad którym przemyślenia i do którego dojrzewanie zabrało mu niemal trzy dekady, to może lepiej by było, gdyby nie myślał i nie dojrzewał. Mam cały czas rozpaczliwą nadzieję, że jest dwóch reżyserów o nazwisku Scorsese i "Milczenia" nie zrobił ten, z którym mogłam się nie zgadzać, ale z przyjemnością oglądałam jego filmy.
Najważniejszym pytaniem w literackim pierwowzorze, silnikiem napędzającym książki pana Endō, było pytanie czy da się jakoś przerzucić most pomiędzy katolicyzmem a buddyzmem. Tytułowe "Milczenie" to milczenie Boga wobec ofiar, w historycznym tle bezimiennych, prostych rolników japońskich, którzy znaleźli się pomiędzy kowadłem katolickiego prozelityzmu, a młotem szogunatu Tokugawa, który podjął rękawicę i różnice kulturowe zamienił w pełnowymiarową wojnę religijną. Pisarz pokazuje jak cierpią najmniejsi, jak religia zamienia się (bez wsparcia, bez kapłanów, bez wiedzy w końcu, pod ciśnieniem represji) w synkretycznego potwora, a nic nie rozumiejące ofiary nadal dają się pożerać. Pisarz wskazuje, że sam ma taką dziurę w sobie i że w przeszłości taka dziura doprowadziła do rzeczy strasznych.
Scorsese też pokazuje (heretyckich z przymusu) neokatolików (niezupełnie katolików albo zupełnie niekatolików, wybierzcie sami) z japońskich wiosek, bo inaczej nie mógłby filmu podpisać literackim pierwowzorem. Ale ja u niego nie widzę troski czy pochylenia się nad nimi. Są prostaczkowie, którzy myślą że właśnie odbywający się akt chrztu jest magicznym rytuałem, który przeniesie ich od razu do raju, są bałwochwalcy, wyciągający ręce po koraliki z różańca rozdawane przez jezuitę, jest nawet skrajny konformista, który traktuje spowiedź jak ablucje, a po kąpieli brudzi się dalej skoro mu wygodnie, bo z katolicyzmu rozumie tylko tyle, że dostał obietnicę ponownego umycia się. Byli też w książce. Ale u Scorsese jezuita jest ponad to. Cały konflikt kulturowy wylądował w śmietniku, a zamienił się w konflikt w głowie jezuity-komandosa.
Endō mimowolnym ofiarom kulturowej/religijnej wojny współczuł, bo w jakiś sposób się z nimi utożsamiał, zauważał (z użyciem właściwej skali) podobieństwo. Scorsese wykorzystuje ich instrumentalnie, żeby (hiper)realistycznie pokazać okrucieństwo i fascynację przemocą, bo to jego reżyserskie narzędzie, ale nie ma w tym nic więcej.
Kultura (sztuka) jest od tego, żeby stawiać trudne pytania. Pokazywać możliwe odpowiedzi (także skrajne, subiektywne, populistyczne, fałszywe). Nie musi odpowiedzi dawać. Ba, najlepsze są pytania, na które jasnej odpowiedzi nie ma. Tyle, że tutaj podstawowe pytanie o różnice kulturowe, które mogą prowadzić do wojny religijnej (literacki pierwowzór) zamieniły się - niemal alchemicznie - w pytanie "co by zrobił Jezus?". Ja u Scorsese nie widzę pytania, dlaczego Bóg milczy, gdy torturowani są jego niedoskonali wyznawcy. Scorsese zamienił je w pytanie w głowie głównego bohatera dlaczego Bóg milczy, gdy jezuita staje przed wyborem czy umrzeć z prześladowanymi, czy też zaprzeć się wiary choć w sercu ją zachować. No błagam. Ja na tak postawione przez pana Scorsese pytanie odpowiadam jasno, choć nawet nie jestem chrześcijanką. Najpierw Jezus by po prostu zapłakał (Jan 11:35). A potem zrobiłby to, co zrobił w ewangelicznej opowieści: szedłby z podniesioną głową przez Japonię i dał się pokroić władzom Tokugawa nie chowając się za plecami wyznawców. Zaś pytania o boskie milczenie zadawałby podczas kaźni. Nie czytałam pierwowzoru Endō, może Japończyk rzeczywiście tak naiwnie opisał wyprawę jezuity do Japonii. Ale przynajmniej zrobił to po to, żeby pytać o uniwersalizm chrześcijaństwa i przepaść między religiami. Scorsese zrobił to po to, żeby podzielić się banalnym pytaniem dlaczego Bóg jemu nie udziela odpowiedzi. Czuję się zażenowana kontaktem z wnętrzem uznawanego przeze mnie za artystę reżysera. To wnętrze jest płytkie jak brodzik nieczynnego plenerowego prysznica podczas upalnego lata. Jakby tego było mało, końcówka filmu była naprawdę dobra: niejednoznaczna, aluzyjna, otwarta, ale w epilogu dostałam jak cepem między oczy sceną, której spodziewałabym się może po katechetycznym obrazie "Zerwany kłos", ale z pewnością nie u Scorsesego.
Ja nie twierdzę, że to jest film zły. On się może podobać. Podobał się papieżowi i wybranym czterem setkom jezuitów na przedpremierowym pokazie, gdy Scorsese poleciał do Watykanu na prywatną audiencję. Ale, ponieważ nie jestem ani papieżem ani jezuitą, nie jest to dla mnie szczególnie pocieszające. Mnie się nie podobało, a najgorsze jest to, że potrafię doceniać rzeczy, które mnie się nie podobają, o ile coś we mnie zmieniają. "Milczenie" chyba nic we mnie nie zmieniło. Jedyną nauką na przyszłość, którą z tego obrazu wyciągam dzisiaj, to ta iż nawet wielki reżyser może być wewnątrz płaski jak talerz do schabowego.
EDIT: I jeszcze jedno. Tytułowe milczenie Boga ma sens tylko wtedy, gdy ten Bóg milczy. W filmie, w epilogu Bóg się odzywa. Nie bezpośrednio, z jakiegoś gorejącego krzewu, ale beznamiętnym głosem narratora z offu. I ponownie, nie mam pojęcia, czy tak było w książce. Ale w książce, w tekście, to można zniuansować. W filmie, przy takiej prezentacji jak u Scorsese, to jest po prostu zabieg straszny. Tym gorzej, że banału wypowiadanych słów wstydziłby się nawet hipotetyczny potomek panów Martyniuka i Coelho.
Milczenie - spoilery
Moderatorzy: Bobo, kansyheniek, booris, Junior Admin, Osoby odpowiedzialne za forum, Moderatorzy
- Andżelika_FS
- Posty: 549
- Rejestracja: 02 lip 2016, 23:20
- Lokalizacja: Dornach/Kruszewnia
- booris
- Posty: 4220
- Rejestracja: 17 kwie 2015, 15:07
- Lokalizacja: Amsterdam,Londyn,Barcelona
No to zabilas mi klina.Kilka razy sie przymierzalem do tego filmu i zawsze cos te przymiarki psulo.Znak jakis,czy co?
Trzymaj się Ukraino
https://www.youtube.com/watch?v=saEpkcVi1d4
https://www.youtube.com/watch?v=saEpkcVi1d4
- Andżelika_FS
- Posty: 549
- Rejestracja: 02 lip 2016, 23:20
- Lokalizacja: Dornach/Kruszewnia
Jeśli nie oglądając filmu przeczytałeś moje płaczliwe narzekania (dokładnie tak opisane od początku), choć nigdy o kinie nie rozmawialiśmy, i próbujesz z tego wyciągnąć jakieś wnioski, to coś jest nie tak. To jak rozważanie zakładu Pascala, tyle że bez świadomości, że w piekle (również tym Dantego) jest specjalne miejsce na takich kombinatorów. Jeśli się wahasz, to się wahaj i podejmij własną decyzję. Ja czuję się zraniona przez Martina Scorsese, jak groupie jeżdżąca przez lata na każdy koncert, która w końcu słyszy, że on ma mnie w tyłku, bo ważne dla niego jest jego własne wnętrze i to, że zapłaciłam trzy dychy za bilet do kina. Ale normalny człowiek i tak to wie, więc dlaczego niby rant zawiedzionej fanki ma zmieniać wydźwięk nowego albumu? Nie zmienia przecież. Sprawdź, a jak też się zawiedziesz, to z przyjemnością przyjmę plaster na duszę, że Tobie też się nie podobało. A jak się nie zawiedziesz, to pogodzę się z tym, że Tobie się spodobało.booris pisze:No to zabilas mi klina.Kilka razy sie przymierzalem do tego filmu i zawsze cos te przymiarki psulo.Znak jakis,czy co?
Już kilka podobnych zawodów przeżyłam w życiu. W religii - chrześcijaństwo. W polityce - Andrzej Celiński. W życiu osobistym - nie piszę na tym forum o życiu osobistym. Przeżyję i w kinie.
Jeśli chciałeś po prostu być miły, to doceniam i dziękuję. Ale nie szukałam pocieszenia. Terapią było najpierw napisanie posta, a teraz jest picie podłego piwa. Naprawdę poradzę sobie z faktem, że jeden z moich kinematograficznych guru właśnie zdradził mnie z papieżem
- booris
- Posty: 4220
- Rejestracja: 17 kwie 2015, 15:07
- Lokalizacja: Amsterdam,Londyn,Barcelona
To nie do konca tak.Po prostu kolejna,niezbyt pochlebna opinia o tym filmie.Stad ten klin.Dlatego wlasnie nie wiem,czy chce go ogladac.Podobnie mialem z Diuna Lyncha.Omijala mnie,a jak w koncu doszlo do seansu,wylaczylem w polowie.Mocno mnie mr David tym filmem zwazyl,bo z Diuna Franka Herberta,poza nazwiskami glownych bohaterow i jakiegos tam watku z ksiazki,wiele wspolnego nie mial.Do tego byl knotem.
To,ze wyszedlem na milego,bylo efektem niezamierzonym i nie mialo na celu pocieszania.
To raczej ja czuje sie niepocieszony. 
To,ze wyszedlem na milego,bylo efektem niezamierzonym i nie mialo na celu pocieszania.
Trzymaj się Ukraino
https://www.youtube.com/watch?v=saEpkcVi1d4
https://www.youtube.com/watch?v=saEpkcVi1d4