W zasadzie, z punktu widzenia mrówki, która dostrzega człowieka, istotne jest to, czy człowiek stanowi zagrożenie dla mrowiska i czy jest jadalny, oraz jak go pokonać. Z punktu widzenia mrówki, ludzie nie są "braćmi w rozumie". Aczkolwiek, kiedy byłem mały, obserwowałem mrówki łażące po ścieżce dla mrówek."Upodobałem sobie" jedną mrówkę i zacząłem jej sypać piasek na głowę. To znaczy pokruszoną w rękach ziemię, o konsystencji pyłu. Zasypałem ją od stóp do głów, czy tam od czułków do odwłoka i czekałem, co zrobi.
Wygrzebała się.
No to zasypałem ją jeszcze raz.
Wylazła, otrzepała się i chwiejnym krokiem usiłowała się oddalić w bliżej nieustalonym kierunku. Miałem może 4-6 lat i przykucnięty koło niej, znowu ją zasypałem. I tak do momentu, kiedy mrówce skończyła się anielska cierpliwość i postanowiła, za którymś tam razem, poddać się eutanazji, nie wygrzebując się z usypanego stożka pyłu. Tak mnie to ruszyło, że sam ją wygrzebałem, poczekałem aż się otrzepie i zakończyłem tym całe doświadczenie/armageddon/potop (niepotrzebne skreślić). Od tej pory nie czepiałem się już mrówek, aczkolwiek niekoniecznie dlatego, że to był mój "lud umiłowany".
Niektórym się wydaje, że kosmici są jakimiś dla nas "braćmi w rozumie". Cóż, z punktu widzenia mrówki, ludzie dysponują zaawansowaną technologią i mogą robić cuda, a przynajmniej potop mrowiska i armageddon/ragnarok, połączony z fajerwerkami. Jednak z punktu widzenia ludzi, jeśli już zajmują się mrówkami, to po to, żeby je badać, a nie nawiązywać z nimi dialog i robić sobie nawzajem ambasady. Poza tym, gdyby ludzie chcieli wytruć mrówki, (chociaż po co - mrówki są pożyteczne), to by zastosowali truciznę, a nie strzelali do nich z armaty. Sytuacja się komplikuje, jeśli odkryć prosty fakt, że kosmitów jest więcej, niż jeden gatunek i w grę wchodzą już tak zwane prawa własności mrowiska/Ziemi/skansenu/ogrodu zoologicznego/laboratorium/miejsca weekendowych wycieczek międzyplanetarnych (niepotrzebne skreślić).
100 mld planet w naszej Galaktyce
Podobno Izrael wysłał kiedyś statek załogowy w galaktykę, na poszukiwanie braci w rozumie.
Lecą, lecą, lecą, różne gwiazdy mijają, wreszcie widzą gwiazdę z antymaterii. Antygwiazdę! Podlatują bliżej i widzą też na antyorbicie antyplanetę. Na niej antyatmosferę, różne antydrzewa i inne antyrośliny, najrozmaitsze antyzwierzęta, aż wreszcie patrzą - idzie antysemita!
Wracając do kwestii mrowiska/Ziemi, dla hipotetycznych obcych istot, sytuacja stałaby się poważna, gdyby mrówki/ludzie rozpanoszyli się za bardzo/wybrali się w podbój kosmosu. Wówczas ekipa dezynsekcyjna wkroczyłaby do lasu/Układu Słonecznego i firma sprzątająca, pod nazwą Armageddon/Ragnarok/Przedsiębiorstwo Oczyszczania Miasta (niepotrzebne skreślić), która wygrałaby przetarg na odrobaczanie, odkaziłaby miejsce, biorąc ze sobą próbki ocalałych mrówek/ludzi/wybranych osobników (niepotrzebne skreślić) w liczbie 144 000/ 999/ jeden tysiąc/ w dowolnej liczbie (niepotrzebne skreślić) do dalszych badań.
Potem pogroziłaby paluszkiem z wysokości latającego spodka, spowitego chmurami i zostawiła dla ocalałych mrówek/ludzi instrukcję obsługi mrowiska/planety: "róbta co chceta, ino nie bierta sie za naukę, bo jeszcze nam dorównacie i bedzie problem".
Sytuacja skomplikowała by się w momencie, gdyby rzeczona firma uległa degeneracji, na skutek normalnych procesów ewolucyjnych, wraz z całą, reprezentowaną przez siebie, cywilizacją.
Nie jest to niemożliwe.
Nawet i na Ziemi, w wyniku postępu nauki, mrówki/ludzie nie musiałyby już pracować, bo miałyby nieprzebrane plantacje grzybków i hodowałyby niezliczone ilości mszyc/krów, dostarczających im słodki nektar/mleko i tym podobne produkty. Młoda mrówka/młody Ziemianin, stojąc w młodości przed wyborem, czy wziąć się do roboty, czy czekać na grzybki i słodki nektar made in mszyce/fabryki żywności, spędzałby czas na dłubaniu czułkiem/palcem w aparacie gębowym/nosie. I tak na skalę całego mrowiska/planety.
Z tym zastrzeżeniem, że o wiele bardziej dotknęłoby to superkosmitów, niż mrówek/ludzi. Po prostu nie musieliby robić niczego, bo roboty same by to robiły, więc nic by nie robili. Z wyjątkiem konsumpcji.
Od czasów wiman (latających statków kosmicznych), opisanych w Wedach i od czasów gościa o wdzięcznym imieniu Ezechiel (zawód - prorok), który opisywał jak to był brany na przejażdżki po kosmosie w latającym statku, właściwie technologia Obcych stanęła w miejscu.
Od paru tysięcy lat przylatują na pikniki na Ziemię, porywają krowy, żeby zrobić z nich steki (cóż - nawet zastrzegli sobie w Indiach w Wedach, żeby im nie robić konkurencji w temacie jedzenia krów).
I co?
I nic.
Jak tak dalej pójdzie, to za trzydzieści lat dogonimy ich w rozwoju.
A potem przegonimy.
No chyba, że się obudzą ze snu i zarządzą czyszczenie planety ze szkodników.
Istnieje też inna opcja, a mianowicie, że Bóg, który jest miłością, dokona ingerencji. I zrobi, co tam będzie chciał.
Dowody na istnienie inteligentnych stworzeń, innych niż ludzie, znajdują się w ludzkim genomie, w postaci śladów po krzyżówkach genetycznych ludzi z neandertalczykami i denisowianami. Działo się to już wtedy, gdy człowiek był człowiekiem. Już po tym, jak zszedł z drzewa.
Naukowcy odkryli na Syberii odrębny gatunek człowieka, który współistniał z naszym i z neandertalczykami. Miał się całkiem nieźle jeszcze kilkadziesiąt tysięcy lat temu i ma potomków w Melanezji.
Dowodów na istnienie kosmitów, analogicznie można poszukać tu i ówdzie. Tylko po co?
Byłoby to niepotrzebnym ekscytowaniem się zwykłą rzeczą, bo przecież trzeba silnej wiary, żeby przyjmować, że jesteśmy sami w tej galaktyce i że stoimy na najwyższym poziomie rozwoju, spośród tych wszystkich obcych, inteligentnych form życia.
Ktoś chce coś dodać?
Krótka podróż na inne planety
Moderatorzy: Bobo, kansyheniek, booris, Junior Admin, Osoby odpowiedzialne za forum, Moderatorzy
-
HarryPotter
- Posty: 349
- Rejestracja: 06 lis 2013, 22:16
Wyobraźmy sobie sposób postępowania zaawansowanej cywilizacji, która leci badać planety z prymitywnym życiem "na pokładzie". Wpadają na planetkę z organizmami na poziomie mikrobów. Poza pracą z próbówkami, wieje nuuudą po robocie. Praktycznie żadnych rozrywek. Natomiast placówka na planecie, na której są średniointeligentne stworzenia, umożliwia już mnóstwo okazji do zabawy. Można sobie podlecieć spodkiem do wybranej losowo grupy tubylców i na zachętę obrzucić ich cukierkami, albo lepiej jakimś popcornem z automatu. I tak tubylcy nie będą wiedzieli, co to jest, więc biorąc pod uwagę ich "średnią" inteligencję, nazwą ten popcorn pewnie w swoim języku jakoś tak: "niewiadomoco", albo podobnie. Podobno Żydzi jak zobaczyli mannę z nieba, nazwali ją "man hu", bo nie wiedzieli co to jest.
Niektórym istotom przebywającym w delegacji z dala od domu, palma bije i organizują sobie różne walki kogutów, albo narodów (jeśli ich stać), albo na przykład po pijaku dobierają się do kobiet tubylców, zamiast ich po prostu badać. No cóż. Różne są zboczenia...
Niektórym istotom przebywającym w delegacji z dala od domu, palma bije i organizują sobie różne walki kogutów, albo narodów (jeśli ich stać), albo na przykład po pijaku dobierają się do kobiet tubylców, zamiast ich po prostu badać. No cóż. Różne są zboczenia...