Forum biblijne Strona Główna Forum biblijne
FORUM ZOSTAŁO PRZENIESIONE. ZAPRASZAMY www.biblia.webd.pl

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
bez wyznania, czy religii?
Autor Wiadomość
Lach

Dołączył: 21 Lip 2006
Posty: 270
Wysłany: 2006-08-14, 19:21   bez wyznania, czy religii?

Ja miałem długi okres załamiania wiary zanim odszedłem od Organizacji i potem. Stałem się agnostykiem a potem, po obejrzeniu Pasji, ateistą. Wiara zczęła się odradzać, gdy zaczałem się zastanawiać dlaczego Jezus umarł. Zaczałem osądzać siebie z punktu widzenia Prawa Bożego i wyszło na to, że zasługuję na cierpienia i śmierć. Okazało się, że nigdy nie wypełnię Prawa, bo jestem zły, skażony grzechem. Zrozumiałem, że tylko Bóg może sprawić abym czynił Jego wolę dając mi nowe serce wmiejsce kamiennego i nowego ducha - Bożego a nie zwierzęcego. Widziałem wiele świadectw w GOD TV i TBN. W końcu zacząłęm dopuszczać możliwość, że ci ludzie nie kłamią, że to nie szatan (wiara w niego to też powód by wierzyć tyle że kiepski). Prosiłem Jezusa aby mnie przekonał, że istnieje. W końcu zrozumiałem, że niewiara to mój wybór, a wiara w Boga to też wybór, że zbawienie jest w zasięgu ręki, bo uczyni je Bóg by wywyższyć imie Jezusa a nie nagrodzić mnie za cokolwiek. No i na końcu, gdy modliłem się pewnego razu, stał się cud jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłem.

Ale Pismo i jego zrozumienie jest dla mnie kamieniem węgielnym wiary.

Z tym cudem było tak: jak żona pojechała do teściowej z dzieckiem, ja zostałem sam w domu i oglądałem sobie moje religijne kanały po angielsku na satelicie. Tak się dziwnie poskładało, że przez dwa dni co drugi program dotykał moich wątpliwości i potrzeb. Udało mi się zrozumieć, że sytuacja człowieka polega na bezsilności wobec swojej niemocy wynikającej z bycia grzesznikiem. Nie chodzi o czynienie grzechów lecz bycie nieczystym, trędowatym, ślepym od urodzenia i kulawym w sensie oczywiście duchowym. To nie jest uleczalne, ale widać to było po moich uczynkach. Z tego stanu może mnie oczyścić i uzdrowić tylko sam Jezus Pan. Sam nie mogę zmienić swojej natury, ja zawsze będę grzeszył w sprzyjających okolicznościach. Bóg obiecał w Ezechiela, że sprawi, że da nam w miejsce serca kamiennego cielesne, i da ducha żywego i On sprawi że będziemy czynić Jego wolę. Dotarło do mnie, że mam serce kamienne i faktycznie jestem wrogiem Boga a przyjacielem świata. Uwierzyłem w to, że wystarczy porosić z wiarą a się dostanie. Prosiłem o nowe serce i wybaczenie i ...nie dostałem! Miałem poczucie, ze nie wziąłem Boga na litość i łzy!

Myślałem dlaczego i okazało się po następnym programie, że ja tak naprawdę nie wierzę tylko mam nadzieję, że On mnie wysłucha i ta nadzieja wydawał mi się wiarą. Wiara to pewność bez cienia wątpliwości. A skąd miałem mieć pewność, że Bóg mnie chce wysłuchać? To Bóg Wszechmocny związał się przymierzem nad ofiarą własnego Syna. Tylko ja mogę więc zawieść wątpiąc a nie On niechęcią zbawienia mnie. Pomodliłem się do Jezusa by mnie przyjął i...znowu nic! Coś drgnęło ale tylko w moim zrozumieniu. Poczułem, że tak naprawdę nie wierze. Po prosiłem więc o wiarę.

Dotarło do mnie, że ja czuję się nieczysty w oczach Bożych i nie wyobrażam sobie, dlaczego Wszechmogący i Święty miałby ogóle słuchać tego, co ja mówię. Następny program i ... olśnienie: to nie mnie nieczystego Bóg słucha lecz Jezusa swojego umiłowanego świętego Syna. Ja mam słuchać Jezusa i być mu posłusznym a wszystko, co poproszę w jego imię Boga dostanę. A skąd wiem, czego chce dla mnie Jezus? Zrozumiałem, że skoro Jezus umarł za grzechy ludzkości aby wywyższyć imię Boga i zbawić ludzi, a Bóg chce żeby wszyscy doszli do poznania prawdy, to błąd może leżeć tylko po mojej stronie. Jezus chce bym przyjął jego zbawienie, bym przyjął Ducha Świętego, bym był na nowo zrodzony do nowego życia i by grzech nade mną nie panował. Jezus chce być moim Panem!

Usiadłem po raz kolejny do stołu i wyznawałem Bogu swoje grzechy. Powiedziałem, że Go nienawidzę, że jestem Jego wrogiem, choć nie chcę i ale nie umiem czynić Jego woli i nie mogę. Błagałem by Jezus wszedł w moje życie i przejął nad nim władzę, by mnie zbawił i wybaczył wszystkie moje grzechy, zrodził mnie na nowo, dał nowe serce, bo moje jest z zimnego kamienia i dał Ducha, bo jestem martwy. Zwracałem się wtedy do Boga Ojca i w momencie gdy odwołałem się do imienia Jezusa, poczułem...

jakby dotknięcie które szło rozlewając się od głowy po same stopy przez jakąś sekundę lub dwie. Jakby obmyła mnie od głowy po stopy. Ułamek sekundy wcześniej usłyszałem słowa: "o cokolwiek poprosicie w imię moje ja to spełnię". Jakaś energia wypełniła moją pierś i całe ciało, poczułem taką radość jakiej jeszcze nigdy nie czułem. Duch od razu otworzył moje ręce ściśnięte w modlitwie razem i wzniósł je do góry. Podniósł moją pochyloną głowę w górę i nie mogłem już niczego innego mówić tylko wysławiać Go i wyrażać na głos radość z wysłuchania modlitwy. Byłem w lekkim szoku, to było coś co wnikało we mnie, co mnie przepełniało, ale nie wypłynęło ze mnie, ja to odbierałem z zewnątrz będąc zaskoczony tym co się dzieje. Nie skończyłem wyznawać grzechów, chciałem jeszcze wrócić na chwilkę do paru z nich ale nie mogłem, po prostu nie mogłem, miałem wrażenie jakby zostały pokryte białym woalem i znikły mi z oczu. Duch nie pozwolił mi opuścić głowy, ani myśleć o nich. One jakby zostały zabrane daleko ode mnie. Straciłem wszelkie poczucie grzechu jakie miałem. Płakałem ze szczęścia! A gdy zwracałem się do Ojca dreszcz radości przechodził mi przez całe ciało. Do dzisiaj zostało mi to uczucie, gdy się modlę, czy jak wam teraz to opisuję! Dawniej czułem gdy się modliłem jakbym był zamknięty w jakimś ciemnym pokoju sam. Teraz czuję jak On jest ze mną, jakbym był w świetle, nie ciemności. To było cudowne, ale to, co stało się potem zadziwiło mnie i moje otoczenie jeszcze bardziej.

Poczułem wtedy też jakby ciepły gruby kompres został mi położony na sercu i całym ciele. On przenikał mnie całego i napełniał takim pokojem, że nie umiem go oddać słowami. Całe napięcie jakie nosiłem w ciele znikło, odeszło. Wyobraźcie sobie przyjeżdża moja żona po trzech dniach. A ja zupełnie inny. Ona zgłupiała, nie wiedziała co się ze mną stało. Miałem pełno energii na robienie rzeczy których wcześniej nie umiałem, nie chciałem. Stałem się jakiś taki dziwnie uczynny bez poczucia zmęczenia, chętny. Moi znajomi nie poznawali mnie. Ja byłem człowiekiem dawniej nerwowym, a teraz taki spokojny! Wszyscy pytali co się stało, bo jakiś dziwny jestem, taki trudny do wyrażenia inny.

Od chwili nawrócenia Bóg wlał w moje serce takie pragnienie Jego Słowa, ze codziennie wieczorem od 22 do 2-3 w nocy czytam i studiuję. I to z rozkoszą! A moje zrozumienie tak się pogłębiło, że nie ma porównania z tym co było kiedyś. Co ciekawe, od tamtej chwili Bóg zabrał mi przyjemność w piciu alkoholu. Ja lubiłem pociągnąć sobie co dzień lub co dwa dni z żonką piwko jedno lub dwa. Nigdy żeśmy sie nie upili, ale lubiliśmy tak dla zdrowia. Jakież zdziwienie było moje i mojej żony, gdy okazało się, że alkohol pod wszelką postacią przestał mi smakować! Ona piwko tradycyjnie, a ja... piwko fee..too może winko? też feee....wodę! :) :) Po dwóch miesiącach żona zaczęła myśleć o rozwodzie ze mną! na szczęście ją też Bóg pozyskał choć w inny sposób.

U mnie od tamtego momentu stało się też coś innego. Tradycją mojego domu jest zamiłowanie do świństw i pornografii. Kiedyś będąc świadkiem z tym walczyłem, ale później zaakceptowałem i szczyciłem się swoją tolerancją. Uwielbiałem żarty na te temat i świat się kręcił wokół d...y. Od chwili nawrócenia jak ktoś tylko na ten temat wspomniał to czułem smród w nozdrzach. Odrzucało mnie na widok jakiejkolwiek golizny zanim cokolwiek pomyślałem! A popęd seksualny spadł w takim stopniu, że mam 100% procentowe panowanie nad sobą. Tego nie potrafiła zrozumieć żona. Myślała, ze se znalazłem jakąś kochankę. Straciła narzędzie władzy! hehe

Miałem też dawniej pełno agresywnych myśli. Jak wspomniałem byłem strasznie nerwowym cholerykiem. To wszystko znikło.

Pojawiło się też coś innego. Mam wrażenie, ze grzech już nade mną nie panuje. To dziwne, bo oczwiście zgrzeszę czasem, ale jest coś czego inaczej określić nie mogę. To po prostu jest. Pojawia się jako szept zanim zrobię coś głupiego, jako refleksja po tym i jako wybaczenie, gdy wyznam to. Dawniej gdy coś mi przyszło na myśl, to ulegałem pomysłom. Teraz nie. Teraz ja jestem górą.

To wszystko, co wam opisałem to nie były zmiany w czasie ale wszystko stało się nagle, od chwili tego dotknięcia przez Boga. Zmieniła się nawet postawa mojego ciała, mój chód, sposób patrzenia na ludzi, reakcje.

Choć nie aż tak daleko jakbym chciał (mam wilczy apetyt na zmianę, a Tato nadal słucha tylko Jezusa, a nie mnie :) ). Ale już to, co mam naskoczyło mnie i przerosło moje dawne możliwości zmian.

Życzę Wam wszystkim doznania tej łaski

PS
Spotkałem już wielu ludzi, którzy przeżyli coś identycznego. Nie znali często żadnego wyznania poza katolickim, a Bóg ich dotknął i wyprowadził ze świata. Mój kolega w ten sposób przystał być narkomanem, inny alkoholikiem. A były to ciężkie przypadki.
 
 
adam

Dołączył: 09 Sie 2006
Posty: 217
Wysłany: 2006-08-14, 22:52   

Oooo,jak pięknie przeczytać coś takiego!!! :-D
Wiele z twojego nawrócenia było i moim udziałem.To dotknięcie Ducha,ten niewyobrażalny pokój,to szczęście i radość.I te łzy.
Jak sobie pomyślę,że w niebie będzie tak zawsze,a w zasadzie mocniej,to wiem,że warto wytrwać.
Chwała Jezusowi!!!
 
 
renia
[Usunięty]

Wysłany: 2006-10-03, 20:12   

lach nie mogłam przeczytać nic bardziej pokrzepiającego
 
 
Mała mi

Dołączył: 12 Paź 2006
Posty: 6
Wysłany: 2006-10-18, 13:09   

:-D :-D Cudowny jest nasz Pan który dopiero rozpoczął w nas to dzieło,a co to bedzie kiedy je zakończy...!!!!!!!!!!!!
Teraz dziecmi Bożymi jestesmy,a jeszcze się nie okazało kim bedziemy,kiedy ON przyjdzie...!!!!!!!!!!
Ach...i ....och...wzdycham w Duchu Swiętym...!!!!!!!!!!!! :xhehe:
 
 
Lach

Dołączył: 21 Lip 2006
Posty: 270
Wysłany: 2008-12-02, 00:35   

Dzięki za miłe słowa. Myślę, że to co się wydarzyło w moim życiu później będzie dla wielu z Was jeszcze ciekawsze i bardziej budujące. To już prawie trzy lata więc jest o czym pisać. Pozwólcie, że najpierw wkleję Wam mój post z innego forum, który ukazał się 15-02-2007 czyli prawie dwa lata temu.

Cytat:
Gdy tak rozmyślam o tym, co przeżyłem i co myślałem przez ostatni rok to muszę przyznać, że przechodzę ewolucję rewolucję. Rok temu rozgorączkowany tym, co widziałem w TV szukałem cudów i przejawów działania Ducha. Sam przeżyłem coś niezwykłego, czego pojąć nie potrafiłem, a co nie doprowadziło do niczego, co wyobrażałem sobie, że powinno doprowadzić. I jakieś dwa miesiące temu zacząłem się chwiać w wierze. Jak możecie zobaczyć po moich postach skupiłem się na fundamencie mojej wiary, a było nim przeświadczenie, że powinienem zdobyć więcej wiedzy i Biblii, żeby podobać się Bogu. Opierało się ono na założeniu, że Biblia przekazuje prawdę w sensie informacji ścisłych i koniecznych do zbawienia. Czym się takie podejście różni od gnozy? Nie wiem, ale wiem, że doprowadziło do zawalenia się mojej wiedzy i miałem wrażenie, że zawaliła się też wiara...

Stało się jednak coś, co jakby wiedziałem, że powinno się stać, ale nie miałem pewności, że się stanie. Zrozumiałem oczywiście, że wiara jest czymś poza rozumem, bo właśnie ona prowadzi ponad to, co widzę do tego, czego nawet sobie wyobrazić nie potrafię, do tego, co przygotował Bóg dla tych, którzy Go miłują, co nie wstąpiło nawet na myśl. Wiara pozostawia więc rozbuchane i niezaspokojone marzenia! Ale to było za dla mnie za mało. Zadawałem sobie pytania i żądałem odpowiedzi, jakiś znaków abym mógł uwierzyć. Co chce mi Ojciec przygotować dziś, o czym pouczyć, skoro wiedza w niwecz się obróci? Czym chce mnie obdarować, w co wyposażyć do jakiej służby? Co jest najcenniejszego, co mógłbym mieć? Takie pytanie zadawałem sobie. I czekałem, czy ojciec upomnij się o mnie. Nie modliłem się prawie w ogóle, ale gdy poprosiłem dwa czy trzy razy, to modlitwy zostały wysłuchane od razu. Szok! Pojawiło się chcenie i wykonanie i myśl. Myśl, która zawsze mnie zaskakuje, bo przychodzi zawsze wtedy, gdy mi się już myśleć nie chce, gdy czekam.....

Okazało się, że moja wiedza obraca się w niwecz, że cudowne zdolności innych wydają się być słabe, ze pozostaje głupie serce z jego pragnieniami, mówiące, że ono wierzy w Boga, bo chce, bo tak czuje i koniec. Nie obchodzi go co mówią inni, nie ma im nic do przekazania prócz jednej rzeczy. Ten głupi, niemądry, nie cudowny Krzyż Mesjasza nie chce utracić sensu i nie ma w nim sprzeczności!... Widzę go w bezsensie tego świata, śmierci i sensie życia i zbawienia, w grzechu. Jego duch przemawia ze wszystkich wersetów jakie sobie przypominam. Cała Biblia jest nim natchniona, całe Pismo mówi o męce Mesjasza! To jedno wiem, że ja zasługuję na niego, że on tez wybawi mnie od wszystkiego, co się Bogu nie podoba, aby mógł mnie On uczynić tym, kim On zechce....

No i przyszło też Słowo i chcenie. Tym razem była to myśl, która odpowiada na moje pytanie, które napisałem. Pomyślałem, że każdy Ojciec pragnie aby jego dzieci były szczęśliwe, chce żeby odzwierciedlały jego pragnienia, chce im dać wszystko, co sam posiada, a przede wszystkim wiedzę, mądrość, swego ducha, całe swe dziedzictwo. Czyż to samo nie chce Bóg Ojciec dla nas? Czyż nie nadejdzie czas, że Bóg będzie wszystkim we wszystkim, czyli w nas? A zatem najcenniejszą rzeczą nie są nadprzyrodzone dary duchowe, cuda i moce wieku przyszłego. Ludzie uzdrowieni pochorują się znowu, a zmartwychwzbudzeni umrą! Ciała nasze zgniją w ziemi, lecz dusze nie. A dusze te maja być pełne Ducha Bożego. I właśnie to jest najpiękniejsze, co Bóg może nam dać - swego Ducha! Tak, jak napisałeś sam Marcinie, pozostaje: wiara, nadzieja i miłość lecz z nich największa jest miłość!

Jakże wielkie tragedie wywołałbym w życiu ludzi mają moc uzdrawiania! Kogo bym zbudował mając dar języków?! Czym byłbym święcąc mocą Ducha bez ducha Ojca? Tak, największym moim pragnieniem nie są wielkie dary czynienia cudów, lecz poznanie Ojca poprzez działanie w duchu Bożym, poprzez spełnianie Jego woli, oddawanie chwały Jemu przez Pana Jezusa. Ileż łaski ma Ojciec wracając uparcie do takiego syna marnotrawnego jak ja?! Jak bardzo poznaję Jego miłość, gdy jestem takim właśnie Jerubaalem z całym kramem moich wad, mojego zwątpienia i raniącej do bólu szczerości, jakże dalekim od obrazu Syna!? Tak, od tej myśli znowu się zaczęło kolejne moje nawrócenie. Myślałem o tym, jak bardzo nie ufam, jak daleki jestem od woli Bożej i o tym, że i tak nie mam nic choćbym poszedł w świat. A Jemu się to spodobało. Przeprowadzając mnie przez smutek kolejny raz pokazał swoją wielkość i pragnienie zbawienia mnie. Jak to dobrze, że mam krew Jezusa! Jak potężna jest jej wartość przed Bogiem!

I co z tego, że nie rozumiem wielu wypowiedzi z Biblii? Co z tego, że wydają się one być sprzeczne i nie mam obecnie podstaw do nie uznawania ich za sprzeczne? Co z tego, że Biblia w ogromnej mierze mówi o panowaniu człowieka nad człowiekiem, a co za tym idzie o prawach jakich ja już nie będę przestrzegać, które zdają się kolidować z duchem Prawa Jezusa? Co z tego? Obraz Boga Ojca wyrażony w ofierze krwii Jezusa jest tak niesamowity, tak wiele wyjaśnia i spaja w całość, kreśli tak wspaniały Obraz Boga Ojca, że przy nim cały czynnik ludzki w Piśmie schodzi na plan dalszy. Nawet gdybym miał okroić Pismo z wielu ksiąg jak wielu też czyni, to i tak kamień węgielny jest po prostu cudowny, Boski! On mówi prawdę o wszystkim i wszystkiemu nadaje sens. Tyle, że ja jeszcze nie jestem gotowy na śmierć. Lecz mam nadzieję, że Pan mnie przygotuje, podbuduje moją ufność wbrew mojej naturze i skłonnościom. Tego i Tobie życzę .....
_________________
"Co się może zepsuć na pewno się zepsuje - wcześniej czy później" - prawo Murphiego
 
 
Lach

Dołączył: 21 Lip 2006
Posty: 270
Wysłany: 2008-12-02, 00:41   

Pozwólcie kochani, że zanim opiszę Wam niezwykle interesujące zakończenie tego etapu mojego życia wkleję kolejny post.

Cytat:
Chcę się z Wami podzielić moimi refleksjami związanymi z tym, co się działo i z tym co napisałem powyżej.

Mija już półtora roku od czasu nawrócenia o którym Wam napisałem. To wszystko, co mogliście przeczytać jest świadectwem, w którym nie zmienię ani słowa, bo tak, jak napisałem tak było. Zmienia się jednak to, co ja sądzę na ten temat….

Gdy w tak nagły i cudowny sposób zostałem odmieniony byłem w szoku. Słabości jakie miałem odkąd pamięć sięga zniknęły w jednej chwili! Wystarczyło okazać żal, poprosić z wiara i jest! Jakie to łatwe! Przesunę góry! Stanę się doskonały!...A Może już jestem? A może mi odbiło i za miesiąc dwa wrócę do normy? – Tak myślałem. I co się działo?

No cóż. Zmiana była głęboka i trwała. Mijały miesiące a ja po prostu nie lubiłem żadnego rodzaju alkoholu, nawet tego najulubieńszego. Mój pociąg seksualny też się gdzieś wykoleił! Hehe…Ale aniołem nie byłem. Oj nie byłem. Parę razy wpadłem w taki „święty” i sprawiedliwy gniew, jakby szatan we mnie wszedł! A gdy próbowałem dać świadectwo o Jezusie nigdy mi nie wyszło (no może parę razy). Nie wyszło i to ewidentnie w taki sposób, że widziałem, że Bóg nie jest ze mną ale przeciwko mnie. Czyżbym więc się pomylił, co do mojego nawrócenia? Czyżby jednak mi odbiło? Jak odpowiedzieć sobie na takie pytania? Do tego trzeba by chyba psychologa i duchownego a może i jasnowidza!

Podobnie było z moim zrozumieniem Biblii. Sprawa Trójcy została rozbrojona po paru miesiącach ponownych, uczciwych badań. Wieczne męki w piekle też na szczęście nie zmartwychwstały (sorry WOKS). Ale jednocześnie stare swaidkowskie przekonania skruszyły się a za to najbardziej „absurdalne” pomysły na interpretację Pisma wychodziły na plan pierwszy. Czyżby wpadał w obłęd, tracił Rozum ? Czyżby interpretacja Biblii zawierała w sobie paradygmat nie możliwości zrozumienia Boga?!

Moja wiara opierała się na pewnych założeniach intelektualnych, co do Pisma. Te założenia zadawały się upadać i rzeczywiście kilka upadło zostawiając po sobie bolącą pustkę. Przez co chwiała się wiara na nich oparta. Chodzi miedzy innymi o wartość apokryfów, których nie lubiłem, a chyba będę musiał je przeprosić. To dość duży szok, ale nie mogę zaprzeczyć, że Juda był wielbicielem apokryfu Henocha, a Piotr nie wymyślił nauki o Tatarze. Kto więc ustalił kanon Pisma i na jakiej podstawie? Czy mogę ufać tym ludziom? Człowiekowi ufać?! Łeeee…fuj, to nie dla mnie! Bym tu zaraz powiedział co myśle o paru z nich!

Tak, tak, ja święte dziecko Boże (pożal się Boże! )a ciągle musze przepraszać się z czymś albo z kimś. Coś tu nie gra z tym działaniem Ducha, nie? Wychodzę na gruboskórną świnię o z leksza tępym umyśle i nadętym sercu a z pewnością z niewyparzoną gębą i rozpuszczonymi nerwami. Kurcze! To mi się nie podoba! …. Ale co z tego, że mi się nie podoba skoro tak jest?! Na początku było tak łatwo – poprosiłem i dostałem, a teraz nawet jak się proszę, to nic nie dostaję! Czy mi się to wszystko nie przyśniło?....

Próbowałem więc zobaczyć jak to jest w zborach charyzmatycznych. Poszukiwałem tego, czego nie rozumiem, uważam za podejrzane, co jest jakby z pogranicza tego świata oraz bliższe wzorca Biblii. Przeczytałem książkę „Dary Ducha Świętego” Ulonska. Wyszłona to, że nic wcześniej nie wiedziałem na ten temat, że jestem w tej dziedzinie biblijnym analfabetą, że powinienem się przeprosić z charyzmatykami. I co? Dziwne to wszystko, nie?

Odwiedziłem charyzmatyków. Wydało mi się, że po Spichlerzu to raczej białe myszy latają, a nie Duch, że siłę daje im nie Duch lecz człowiek, taki jeden wielki Rus. Murzyni natomiast pasjonują się wypędzaniem demonów, które zdaje się nie wychodzi im najlepiej. A Zieloni wydają się cieszyć z byle czego nawet wtedy gdy powinni płakać. Nie fajnie, oj nie fajnie…

Ale mimo tego działo się też coś niepojętego. Nie ciągle, nie mocno, ale wyraźnie i właśnie wtedy gdy powinno. Mianowicie, gdy prosiłem Boga szczerze o przysłanie mi kogoś od Niego zawsze tego samego dnia pojawiał się ktoś. Ten sam ktoś – Tomek będący liderem Odnowy w Duchu Świętym. To zdarzyło się sześć razy! Już przed wakacjami zdałem sobie sprawę, że Bóg prowadzi mnie do nich. Gdy poszedłem tam pierwszy raz chciało mi się płakać. Śpiewali takie wspaniałe pieśni, byłą taka serdeczna atmosfera. Nie zapomnę pieśni, której refren brzmiał „serce Jahwe bije tu”. Oni nie wstydzą się imienia Jahwe?! Natomiast ja wstydzę się płakać publicznie, ale wierzcie mi w sercu ryczałem jak dziecko. Czułem taki stan serca jak mało kiedy. Było wspaniale. Następnym razem jednak okazało się, że zaczynają gratulować sobie publicznie tego, że będą jako zwycięzcy przecinać wstęgę na mecie w Niebie. To takie sztuczne i networkowe! Skąd oni, słudzy, niby wiedzą kto dojdzie do nieba? Jak mogą udzielać sobie pochwały, która należy przecież do Pana! Padło tam kilka takich pierdół, okazało się, że oni udają dobrych katolików, żeby wyprowadzać z Kościoła katolików. No i czar prysł. Ale bolało, jak bardzo bolało….

Przeżywałem kryzys przekonań i nadziei. Uczciwe przyglądanie się Pismu pokazało, że jego opowieść nie jest sprawozdaniem historycznym, że nie jest ścisłe, że nie jest często chronologiczne, że jest często metaforyczne i alegoryczne, jak przypowieści Jezusa. Zatem jego litera zabija zamiast dawać życie! Łoł! To dopiero szok. No to gdzie jest ten Boży Duch? - pytałem siebie i Boga. Jak rozumieć Pismo? Czy liczy się tylko to, co mi w duszy gra, gdy je czytam? Ale jak głosić tą indywidualną melodię? Bezsens? Jednak co nieco jest powiedziane jasno. Na moje nieszczęście jasno, bo jedyne co jasno wynika to to, że ja mam się do wzoru Pisma jak wschód do zachodu – Słońce wschodzi – ja znikam, ja wychodzę – Słońce zachodzi. Hehe To jak ja mam zrozumieć Pismo skoro jestem z nim tak dalece skłócony?....

Spotykam Tomka w zeszłym tygodniu. Zgadnijcie o co tego dnia z rana się pomodliłem?  Tak, o to by Bóg przysłał mi jakiegoś swego sługę. Pierwszy raz o wielu miesięcy się w ogóle modlę, pierwszy raz właśnie o to i …mam odpowiedź w 4 godziny później! Przyszło ich aż dwóch. Jeden z ewangelicznych, a drugi Tomek. Obu dawno nie widziałem. Rozmawiam z nim, a on mówi mi, że przechodził kryzys przez ostatnie miesiące i że od wakacji Bóg go oczyszcza z pychy! Szok! Taki miły i pokorny człowiek oczyszczany z pychy? No niby racja, bo ja ją widziałem w tych wygłupach i obłudzie, ale czy on ma właśnie to na myśli? Spotkaliśmy się na dłuższej, szczerej rozmowie. Widzę, że Bóg go dotyka, że oczyszcza, że coś się święci. Rozbił mnie i rozbija jego! Chyba Bóg nas kocha…..

A co do Pisma, to powoli przychodzą mi do głowy zupełnie nowe myśli, nowe spojrzenie, jakiego nie brałem nawet pod uwagę. Czy pomyślałbyś, że przekazanie prawdy w ogóle nie jest możliwe? Ja nie. A jednak! Przecież sam Wam pisałem już wiele miesięcy temu, że Bóg wydaje mi się być nieogarnięty, niepoznawalny, ba! Wręcz nienazywalny! Czyżby wiec prawda o nim miała być inna? Byłoby to niekonsekwencją, nie? A jednak Jerubaal jest niekonsekwentny i ma sklerozę! On tej niekonsekwencji oczekiwań nie widział.

Tylko, co nam pozostaje skoro prawdy nie da się wyrazić? Skoro litery Pisma nie obejmują prawdy, to co mają dać? Czemu Jezus mówił w przypowieściach? Dlaczego pozostawił taki duży margines interpretacji? Przecież przez takie gadanie człowiek nie posiądzie wiedzy, która prowadzi do życia wiecznego! A mamy być jednej myśli, nieprawdaż? Jakiej jednej myśli, jak nie można mieć jednej interpretacji?!

Ot, przeoczyłem klucz do zrozumienia! Jaki klucz? Mnie i moje sumienie! Jak mogłem przypuszczać, że poznanie Boga jest ukryte gdziekolwiek indziej jak nie w moim sumieniu? A jak ja miałbym zrozumieć coś czego wcześniej nie było w moim sercu? Czy jest jakiś lepszy nauczyciel niż mój wewnętrzny głos? Nie, nikt nie zna mnie lepiej i nie ocenia uczciwiej niż sumienie. Nikt nie zna też lepiej świata niż moje sumienie. Dlaczego? Bo przecież nawet jeśli uznam, że ktoś poza mną jest autorytetem, to przecież uznałem to ja sam, na podstawie mojej oceny, zgodnie z głosem mojego sumienia! Nawet wiara w Boga jest moim wyborem, na podstawie głosu mojego sumienia! A czy jest jakaś nauka, jakaś prawda ważniejsza niż głos sumienia? Co mi więcej mówi o moim przyszłym losie, jak nie znajomość Ojca i Jego Ducha? Kto lepiej zna prawdę o Bogu jak nie sumienie? Nikt, choć jest ono przecież niedoskonałe jak my sami.

Zatem liczy się ta nauka, która porusza serce, porusza sumienie i sprawia że chcemy być lepsi dla bliźnich. Jakie znaczenie ma jakiekolwiek objawienie czy nauka o życiu pozagrobowym? Niewielkie. Wystarczy Ci sumienie aby poznać, że nauka o wiecznych mękach jest sprzeczna z naturą Ojca. A po co Ci organizacja skoro prawo Boże jest w twoim sercu przez Ducha i sumienie? Tak, nasz stosunek do siei i bliźnich tworzy nasze wyobrażenie o tym kim jest Bóg. A z tego. Co się kiedyś stało i tak to, co zrozumiemy jest tylko to, co poruszy nasze sumienia. Jakie znaczenie ma dziś to ilu Izraelitów wyszło z Egiptu? Żadnego. Ale jeśli jest napisane, że zginęło 24 tysiące, czy to nie przeraża? Przeraża bardziej niż dokładne określenie tej liczby. Lepiej zwraca uwagę na odczucia Boga i ludzi, lepiej budzi nasze sumienia. Tylko w ten sposób poznajemy sens tego, co się stało, tego, co uczynił Bóg.

Czy to wszystko jest głupie, oderwane od faktów, od rzeczywistości? Czy wydarzenie Biblijne miały miejsce? Czy Bóg istnieje? Czy Pismo nosi znamiona nieomylności Boga? Czy wyraża Jego nadnaturalną wiedzę? Gdyby litera Pisma zawierała nadnaturalna wiedzę, czy my byśmy ją mogli pojąć? A po co nam taka wiedza? Przecież i tak na myśl nam nie przyjdzie to, co się stanie!?

Czy więc można wierzyć w Boga? Czy są dowody Jego istnienia?.....
Zobacz w swoje serce, co ono ci mówi. Moje mówi mi, że pieśń o odkupieńczej śmierci Mesjasza mówi prawdę. Nie rozumiem wielu jego wypowiedzi, ale jest w nich coś tak pociągającego, tak wielkiego, że nie mogę się im opierać. Nie znam niczego co mogło by się z nimi równać, choć nie rozumiem więcej niż rozumiem. Wiem też, że nikt na Ziemi jak dotąd nigdy nie powiedział niczego bardziej sensownego o sensie życia i śmierci, dobra i zła, cierpienia i radości. A cóż od tego miało by być ważniejsze?.....


Ale tak naprawdę zacząłęm pisać ten post chcąc Wam powiedzieć tylko coś szczególnego, coś dla mnie najważniejszewgo i pewnie dla wielu szokującego.... Już od dawna nie opowiadam ludziom o tym jaki cud przeżyłem. Wstydzę się tego. Nie jakoby to nie była prawda. Nie, nie DiKey, to święte słowa. Dlatego tez nic nie kasuję ani nie zmieniam w nim.

Jednak dawniej wspomnienie tego przeżycia dawało mi poczucie dumy (choć nie wyższości nad innymi). Dziś wspomnienie to napełnia mnie tylko goryczą.... Tak goryczą, bo uświadamia mi jedynie moją małość, grzeszność, błędność myślenia i oczekiwań, przypomina mi moją mizerną drogę, która pokazała jedynie jak upadłym i małej wiary człowiekiem jestem. Bóg dał mi coś wspaniałego czego nigdy nie miałem, zmienił we mnie coś bez czego życia sobie niewobrażałem. Czemu jednak zmienił we mnie tylko tyle? Czemu padałem w atakach wroga? Bo były rzeczy, któych nie oddawałem Bogu i chciałem być mądrzejszy, chciałęm się asekurować na wypadek gdyby okazało się że to był sen, że miał bym się zbudzić. A zatem brakowało mi wiary, pozwalałem sobie na zwątpienia....

Przypominają mi się Jego słowa: "Strzeż się abyś nie zapomniał drogi jaką Cię Pan prowadził przez pustynię".... Jestem pewien, że idąc moją drogą zwątpię jeszcze nie raz, że Bóg da mi przypomnieść sobie kim jestem i na jakim świecie żyję. Cieszy mnie jednak to że dzięki temu na własnej skórze poznam Jego miłość, gdy odpowie na moje modlitwy tak szybko jak robił to dotąd i to pomimo mojego odwrócenia się od Niego. W ten spośób poznaję smak łaski, a nie nagrody, smak krwii Jezusa, która gładzi wszelkie grzechy. Bo czyż jest jakiś powód we mnie aby Bóg miał choćby mnie słuchać? NIe ma żadnego, jest tylko powód do gniewu. Chwała niech będzie Jezusowi za poteżną cenę okupu za moje grzechy! NIech całe stworzenie rozkoszuje się łaską od Jehowy!
_________________
"Co się może zepsuć na pewno się zepsuje - wcześniej czy później" - prawo Murphiego
 
 
Lach

Dołączył: 21 Lip 2006
Posty: 270
Wysłany: 2008-12-02, 00:48   

I jeszcze dwa posty z 26 września 2007
Cytat:
Dla mnie błogosławionym okresem był czas ateizmu! Wtedy byłem wolny i mogłem nie zawracać sobie głowy dogmatami i sporami teologicznymi. Odrzuciłem tak, jak Ty Marcinie ofiarę Jezusa a razem z nią Boga. Mówiłem Ci o tym. Uczyniłem to, gdyż uznałem, że ja nie zasługuję na śmierć, że jeszcze bardziej nie zasługuje moja żona a córeczka tym bardziej. Więc mówienie mi, że ktoś umarł za mnie uznałem za próbę podłego manipulowania mną za pomocą poczucia winy. Uznałem, że skoro nie zasługujemy na taki los, jaki spotkał Jezusa, to jego śmierć w nasze miejsce to jakiś obłędny pomysł. Mówiłem, że dla mnie nie ma sensu okup, który przypomina przekładanie pieniędzy z kieszeni lewej do prawej, bo niby ktokomu zapłacił okup? Widziałem w obrazie Boga składającego okup, obraz ojca, który aby wybaczyć drobne przewinienie dziecka sąsiadów musi najpierw zabić swoje własne. No więc sprawa stałą się dla mnie prosta Jezus był nie do przyjęcia jako wariat. I odrzuciłem Jezusa jako człowieka chorego psychicznie. To pasowało mi do zakręconej, wręcz obłędnej historii chrześcijaństwa. Jaki pan taki kram, mówiłem sobie.

Dlaczego więc mówię, że ten czas bez Boga był błogosławiony przez Boga? -!?... Bo widziałem i nazywałem rzeczy jakimi są, przez pryzmat moich szczerych pragnień i osądów. Wcześniej, to wiesz sam - patrzyłem nie wiadomo na co i na kogo zamiast na patrzeć na siebie. Miałem w głowie swoje powinności i musturbacje, jak to mówią psycholodzy społeczni. I do czego mnie to przywiodło?

Oglądałem sobie dla przykładu wiadomości TV. I widziałem wielkich aferzystów, którzy okradają nasz naród i cały się rwałem do potępiania ich, bo przecież ja ciężko walczyłem o grosze a oni moje podatki rozkradali! Ale potem myślałem sobie, że ci którym się udało pozostać nieodkrytymi są szczęściarzami! I w efekcie zazdrościłem im, że się ustawić umieli, a współczułem wykrytym, że im nie wyszło. Zrozumiałem, że ja na ich miejscu robił to samo, co oni - kradłbym.

A gdy widziałem wiadomości wojenne, to cieszyłem się jak zabijani byli źli faceci. Jednak coraz częściej rozumiałem, że ci źli faceci bronią się przed złą Ameryką. Zaczęło do mnie docierać, że tu nie wiadomo kto jest dobry, a kto zły. Granice dobra i zła zaczęły się przesuwać, płynąć a na końcu się rozmyły. Wyszło mi na to, że to, co się uda i co się obstoi musi być dobre, bo nie ma nic już innego do porównania! A to, co przegrało i przeminęło musiało nie być dość dobre. Dotarło do mnie, że rację mają silniejsi! No więc wojna nie musi być zła jeśli bogaci staja się bogatsi, jeśli oczywiście ja też należę do tych bogatszych. Kogo tu obwiniać i o co? Gdybym miał karabin to bym na nim grał!

Gdy patrzyłem sobie na moje ulubione kanały z panienkami miałem na nie ochotę i pewnie bym z nich korzystał gdyby nie żona-żandarm. Z drugiej strony gdyby tylko mnie nie przyłapała, to czemu nie używać życia póki jest?! Co z oczu to i z serca, co nie?... A potem myślałem nad tym, jak bym się czuł gdyby ona mi rogi przyprawiała?.... Ale przecież, gdybym nie widział, to bym nie żałował, więc cóż w tym złego?... A gdyby tak to krocze prężyła do kamery moja córka, to jak ja bym się czuł? Czy chciałbym dla niej takiego losu? ... Czemu nie?... Co w tym złego jeśli zarabia się na tym, jeśli chroni się przez gumę? Co w tym złego?.... Czyż nie chodzi o zdobycie pieniędzy i zyskanie wygodnego życia?... Czym się różni taka panienka od mojej żony, czy córki? Która z nich jest mądrzejsza? Czyż nie wychodzi na to, że całe życie rodzinne polegać ma tylko na pozorach? Dlaczego poszedł bym z nią do łóżka a mówię, że byłoby to złe gdyby moja żona zrobiła to samo, co ona?

Zaczęło mi więc powoli wychodzić na to, że niczym się nie różnię od jakiegokolwiek człowieka. Dlatego, bo na jego miejscu, z jego życiorysem i bagażem, ja czyniłbym to samo, o on. Zrozumiałem, że jeśli nie ma Boga, to nie ma wartości, przy których warto obstawać. Liczy się chwila. Zrozumiałe, że wszelkie zło na Ziemi ma początek we mnie, dlatego że ten potencjał który jest we mnie jest w każdym człowieku. Całe zło jakie widzę dookoła to tylko owoce takich samych drzew jak moje. Te owoce pokazują, że człowiek który je wydaje zasługuje na potępienie i ścięcie! A przecież, już zrozumiałem, że ja czyniłbym to samo co ci źli gdybym się tylko znalazł w ich sytuacji!

Dlaczego odrzucałem Boga odrzucając Jezusa? Bo wiara Żydów wydawała mi się najmądrzejsza. Bo wyznawanie zasad Buddyzmu, szintoizmu, konfucjanizmu i czegokolwiek jeszcze nie ma sensu wobec religii komercji. Bo kosmologia tych religii była dla mnie bzdurna. To była dla mnie tylko zabawa w poszukiwanie schowanego Ojca, który milczy.

W pewnym momencie pomyślałem, że mam dość życia w tym świecie, że ten świat nie ma sensu. Zacząłem się zastanawiać, czego ja chcę, czego bym chciał, czego brakuje temu światu, jakie zasady powinny nim rządzić?.... Oczywiście nasuwały mi się myśli w rodzaju „Imagine” Johan Lenona. Pomyślałem, że miłość, o której nauczał Jezus byłaby czymś wspaniałym, że jego Kazanie na Górze jest wszystkim tym, co mogłoby sprawić, że życie na tej Planecie Rozpaczy nabrało by sensu. I zadałem sobie po raz pierwszy w życiu pytanie: dlaczego Jezus uważał, że ja zasługuję na śmierć?...Nie musiałem zbyt długo czekać. Przyszło mi do głowy, że on obstawał przy Prawie uważając je za prawo Boga. No to spytałem się siebie, jak ja wyglądam w świetle tego Prawa?... Wziąłem X Przykazań i czytam….

Złamałem dziewięć z dziesięciu. Nie zabiłem, bo nie miałem spluwy! Okazało się, że ja porządny, przeciętny facet jestem rozpustnikiem, cudzołożnikiem, złodziejem, kłamcą, oszczercą, bałwochwalcą, pogardzającym rodzicami świętościami i życiem społecznym! Czyli w oczach Jezusa zasługiwałem na wielokrotną śmierć!..... Okzało sie, że Jezus nie był schizofrenikiem, masochistą. On uczył dobrego, uczył sprawiedliwości, on uwalniał takich, jak ja od wiecznego potępienia na jakie zasługiwali w świetle prawa wyboru, jakie dał nam Bóg! Zrozumiałem, jak bardzo się myliłem! .....

Cytat:
Chciałem Wam jeszcze napisać parę słów o tym, jak zrozumiałem wartość krwi Jezusa.

Gdy już uświadomiłem sobie jak wielkie spustoszenie czyni we mnie grzech pierworodny, jak owocuje wszelkiego rodzaju złem, jakie popełniam, dotarł do mnie następujący problem: po co mi wybaczenie Boże skoro i tak świnia wróci do taplania się w błocie?... Mocna słowa, ale zdałem sobie sprawę jak bardzo do mnie pasowały. Skoro zrozumiałem, że taplałem się we wszystkich grzechach czując przy tym przyjemność, to znaczy, że będzie mnie kusić i znając mnie pewnie znowu w to wdepnę! Koszmar! Aż odechciało mi się modlić…

Potem przyszła mi do głowy jeszcze inna ciekawsza myśl: skoro jestem aż takim wielkim grzesznikiem, to przecież jestem wrogiem Boga, okazuję nienawiść do Jego słowa i zapieram się Go uczynkami! Z jakiej racji Święty Bóg miałby mnie wysłuchać w jakiejkolwiek sprawie? Dlaczego miałby mnie wysłuchać skoro prorocy Boży bali się nawet zbliżyć do Niego? Izajasz bał się śmierci, bo widział jak Święty jest Bóg, a ja miałbym uważać, że On mnie wysłucha?... Jeśli ja jestem ciemnością, a On światłością, to cóż wspólnego mielibyśmy mieć ze sobą? Jestem egoistą z natury, czego chcę dla siebie, a nie dla Niego.

I byłem w głębokim dole, w kropce, absolutnej kropce. Z autentycznymi gorzkimi łzami w oczach Zadawałem sobie pytanie: Boże i co ja mam robić?... I nagle przyszła mi do głowy wspaniała myśl: nie ma co prosić o wybaczenie, bo i tak popełnię grzechy tak, jak to było dawniej! Moje serce ciągnie mnie do złego, więc potrzebuję nie wybaczenia, ale nowego serca! Tak i nowego ducha, Ducha Świętego! Tak, jak Bóg sam obiecał Ez 36:26 "I dam wam serce nowe, i ducha nowego dam do waszego wnętrza, i usunę z waszego ciała serce kamienne, a dam wam serce mięsiste." Tak, właśnie tego potrzebuję! Zerwałem się z łóżka, ale coś mnie powstrzymało.

O co mi chodzi? Nie wiedziałem, co mnie zgasiło, ale już po chwili zrozumiałem, że ja po prostu nie widzę powodu, dla którego Bóg miałby mnie wysłuchać. Skoro jestem taką ciemnością, skoro zasługuję w Jego oczach na śmierć, to dlaczego miałby mi cokolwiek dać, dlaczego maiłby czegokolwiek słuchać?....

NO zaraz! Ale przecież to On mnie stworzył i On chce mnie zmienić! Przecież posłał swojego Syna, aby zbawił każdego, a wiec i mnie! Przecież Jezusa zawsze wysłuchiwał, a Jezus prosił Ojca: wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią. Tak, to Jezus pragnął bym żył, by Bóg oczyścił mnie i uczynił świętym na swój obraz i podobieństwo!

Pobiegłem do kuchni. Siadłem i zacząłem się gorąco modlić…. Całą nadzieję na wysłuchanie złożył w Jezusie. I stało się, Bóg Ojciec wysłuchał mojej prośby, która była przecież prośbą jego Syna, Jezusa, bo w jego imieniu prosiłem tak, jak On prosił Ojca umierając na krzyżu…
_________________
"Co się może zepsuć na pewno się zepsuje - wcześniej czy później" - prawo Murphiego
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 11